Wyszukiwarka

SUKNIA Z INTERNETU
PRAWDZIWA HISTORIA

  • ORYGINAŁ Justin Aleksander 8465

    ORYGINAŁ Justin Aleksander 8465

  • krój z pełnego koła daje efekt falowania spódnicy

    krój z pełnego koła daje efekt falowania spódnicy

  • sukni odwrócona na lewą stronę

    sukni odwrócona na lewą stronę

  • oryginał odwrócony na lewą stronę

    oryginał odwrócony na lewą stronę

  • inna koronka, brak kamieni i koralików

    inna koronka, brak kamieni i koralików

  • oryginalna

    oryginalna

Nasi czytelnicy w czasie przygotowań ślubnych napotykają niestety czasami sytuacje nieoczekiwane i trudne do rozwiązania. W cyklu "Moje przygody ze ślubem i weselem…" prezentujemy historie, które przytrafiły się niektórym z Was w czasie organizacji ślubu i wesela. Opisane poniżej zdarzenie dotyczy zakupu sukni ślubnej za pośrednictwem Internetu bezpośrednio w chińskiej fabryce dokonanego przez panią Magdę (imiona na prośbę czytelniczki zostały zmienione).

Historia zakupu mojej sukni ślubnej była bardzo długa i pełna niespodzianek. Finał był szczęśliwy, ale co się po drodze nadenerwowałam to moje.
Wszystko zaczęło się, jak to zwykle bywa, od pięknej chwili, gdy mój wówczas jeszcze chłopak zadał mi pytanie, na które już od dawna czekałam: "Madziu czy zostaniesz moją żoną" - ja ze łzami w oczach odpowiedziałam oczywiście "Tak".I zaczęły się przygotowania do naszego ślubu.
Pomysł na zakup sukni ślubnej poprzez stronę internetową należącą do jakiejś chińskiej fabryki podsunęła mi moja przyjaciółka Sylwia. Powiedziała, iż słyszała od swoich koleżanek w pracy, że któraś z nich zamówiła w ten sposób suknię i zaoszczędziła masę pieniędzy.
Ja początkowo podeszłam do takiego pomysłu sceptycznie, bo nie pasował mi do ślubnego splendoru pomysł zakupu sukni poprzez Internet, jak jakichś skarpetek, bluzki, zgrzewki wody czy nawet perfum. Te rzeczy znałam z fasonu, kształtu, smaku czy zapachu - zatem je mogę kupić na odległość. Suknia ślubna była dla mnie jednak tematem magicznym i trochę nieznanym. Bo w bluzce czy spódnicy patrząc na ich krój i znając swoją sylwetkę jestem w stanie przewidzieć i wyobrazić sobie jak będę wyglądać.
A w przypadku sukni ślubnej - to jak ziemia nieznana. To znaczy nie tak do końca, bo oczywiście wiem, że fason księżniczki jest idealny dla .....takiej sylwetki, a do fasonu rybki trzeba mieć prawie idealne kształty.

Wiem, że dekolt w "V" jest dobry dla dużego biustu, a dla małego musi być kształt "łódki". Naczytałam się różnych stylistycznych porad, a zatem ogólną wiedzę na temat fasonów pasujących do konkretnych sylwetek miałam. No, ale tak bez przymierzenia kupić suknię ślubną... Nigdy w życiu! Dostać ją zawiniętą w jakiś szarobury papier pakowy? Bez tej całej przyjemności, romantyzmu i elegancji związanej z zakupem sukni w salonie? Nie takiej przyjemności nie chciałam sobie odmówić.
Zaczęłam swoją wędrówkę po salonach, byłam w czterech czy pięciu. Przymierzyłam pewnie z trzydzieści różnych modeli. Chciałam wiedzieć w jakim fasonie będę wyglądać najpiękniej. Mierzyłam więc księżniczki i syreny, koronkowe i zupełnie proste bez żadnych upiększeń, z długim trenem i bez, z dekoltem w serduszko, łódkę i ze stójką, a nawet z kołnierzykiem. Chciałam mieć wiedzę na temat tego, w którym fasonie będzie mi najlepiej. Jednego wydawało mi się, że jestem pewna, że suknia musi być długa... A tu w jednym salonie pani, trochę na siłę namówiła mnie na suknię o długości 3/4 tak zwana babydoll czy.... I zaniemówiłam... To było to. Moja przyjaciółka, z którą chodziłam po salonach też była tego samego zdania co ja. Bo w tej sukni i ja wyglądałam cudnie i suknia sama w sobie była piękna i oryginalna.

Wybrałam suknię, umówiłam się na kolejną wizytę w salonie, już tym razem z moją mamą, bowiem bardzo chciałam, żeby ona także zaakceptowała mój wybór. Razem z nami przyszła do salonu też moja przyjaciółka Sylwia. Założyłam w przymierzalni suknię, konsultantka, która się mną zajmowała odsłoniła kotarę w przymierzalni i spojrzałam na reakcję mojej mamy. Mama przez dłuższą chwilę nie mówiła nic, ale ja patrząc w jej oczy widziałam, że robią się coraz bardziej szkliste...  Aż małe łezki popłynęły jej po obu policzkach. Mi też łzy szczęścia i wzruszenia pojawiły się w oczach, bo nie byłam w stanie ich powstrzymać patrząc na twarz mojej mamy. Dałam sobie jeszcze kilka dni na przemyślenie tego zakupu. Suknia cudna, mama zachwycona ja też. Cena była dość wysoka, ale mama powiedziała, że zawsze marzyła o pięknej sukni dla mnie na ślub, więc żebym się nie przejmowała – pieniądze na suknię będą. Zatem oglądałam zdjęcie mojej sukni na pięknej modelce, na zdjęciu w katalogu i myślałam jak cudnie będę w niej wyglądać u boku mojego Adasia na ślubie. Aż któregoś dnia zadzwonił dzwonek do moich drzwi, otworzyłam, przyszła Sylwia i już od progu zaczęła mówić, iż ma dla mnie wspaniałą informację. Przyniosła zapisany na kartce adres strony internetowej, gdzie odnalazła zdjęcie mojej wymarzonej sukni ślubnej w cenie o ponad połowę niższej niż ta suknia mierzona w salonie. Zerknęłam z zainteresowaniem, bo parę tysięcy to jednak duża różnica. Zdjęcie na stronie było identyczne, jak to, które widniało w otrzymanym od salonu katalogu.
To była strona internetowa jakiejś chińskiej fabryki, która w swojej ofercie miała wiele różnych sukien w naprawdę dobrych cenach. Strona tłumaczona była na angielski, zatem razem z Sylwią zaczęłyśmy czytać ją bardzo szczegółowo, co trzeba zrobić, żeby zamówić suknię, jak wygląda płatność itd. Odszukałyśmy szablon zamówienia. Wyglądał bardzo profesjonalnie. Aby złożyć zamówienie musiałam zmierzyć się bardzo dokładnie. To nie były tylko 3 podstawowe wymiary, czyli biust, talia, biodra plus wzrost oczywiście. Musiałam podać dokładną długość rąk przy wariancie rąk wyprostowanych a potem zgiętych, odległości od końca ramion do talii, obwód pod biustem i jeszcze kilka bardzo szczegółowych danych. No po prostu suknia będzie leżeć idealnie. Popatrzyłam na formularz zamówienia z zadowoleniem, bo przecież suknia ta sama, procedura zamówienia fachowa, cena super i pomyślałam, że mama się ucieszy, bo zaoszczędzimy sporo. Wysłałyśmy z Sylwią dokument z moimi wymiarami oraz adresem dostawy gotowej sukni pod wskazany adres mailowy. Z regulaminu zakupu wynikało, że całość kwoty mam zapłacić przelewem bankowym na konto wskazane w zamówieniu. Gdy tylko to zrobię produkcja mojej sukni się rozpocznie i razem z transportem drogą morską suknia będzie u mnie w ciągu 60 dni. Był styczeń, ślub w końcu czerwca, zatem czasu było wiele. Mama, po usłyszeniu informacji o tym, że zamawiamy suknię bezpośrednio z Chin i trzeba tam zrobić płatność, była trochę zaniepokojona, ale pokazałam jej stronę w Internecie, zdjęcie mojej sukni na tej stronie aż wreszcie super cenę... I to mamę przekonało. Chociaż, gdy robiła przelew ze swojego konta na konto tej fabryki, jeszcze raz do mnie zadzwoniła czy aby na pewno jestem przekonana, że to dobry pomysł. Potwierdziłam, że tak, a za oszczędzone w ten sposób pieniądze będziemy mogły kupić sobie na ślub po parze butów i jeszcze coś....

Minęły mniej więcej 60 dni i pewnego poranka zadzwonił mój telefon, odezwał się pan informując, że jest z firmy kurierskiej, ma dla mnie przesyłkę i chciałby się ze mną umówić na dostarczenie. Od razu wiedziałam, że to moja wymarzona suknia. Ponieważ wychodziłam rano do pracy, zatem z kurierem umówiłam się niestety dopiero wieczorem. Po pracy wracałam do domu tak szybko, jak to było możliwe, bo przecież czekam na moją wymarzoną suknię. Kurier przyszedł w wyznaczonym czasie i przyniósł paczkę. Zdziwiła mnie mocno jej wielkość, była dosyć mała jak na to, że we wnętrzu skrywać ma suknię ślubną, wielkość wskazywała bardziej na coś mniejszego. Rozcięłam ze zniecierpliwieniem taśmy zabezpieczające i otworzyłam pudełko. We wnętrzu znajdowało się coś, co miało kształt i wielkość pudełka od butów... To była moja suknia zapakowana w worek, z którego wcześniej odciągnięto całe powietrze, aby w transporcie zajmowała jak najmniej miejsca. Po rozcięciu folii otaczającej moją suknię wyjęłam tkaninę tak pogniecioną, że z przerażeniem zaczęłam się zastanawiać, czy ja to kiedykolwiek będę w stanie odprasować. Ale co tam, żelazko rzecz dla ludzi, zatem przystąpiłam do dzieła. Rozwinęłam suknię, aby przyjrzeć się jej w całości... I przyglądałam się jej i przyglądałam... w pamięci i na zdjęciu obraz sukni zapisał mi się zupełnie inaczej. Patrząc na tę suknię z przerażeniem zaczęłam zastanawiać się jak to możliwe, że mimo pewnych podobieństw do mojej wymarzonej sukni jest ona, co tu owijać w bawełnę po prostu - brzydka.
Pomyślałam w akcie rozpaczy, że po wyprasowaniu musi być lepiej. Prasowałam i prasowałam a ona wciąż była koszmarnie pognieciona. Przekręciłam w żelazku pokrętło od temperatury na mocniejszą, myśląc - spalę ją albo wyprasuję.
Prasowałam chyba z godzinę, a pomimo tego wiele zagnieceń było ciągle widocznych. Nie zważając na te zagniecenia założyłam suknię na siebie i spojrzałam w lustro - tragedia, po prostu dramat. Usztywnienie w gorsecie - żadne - mój wcale niebrzydki biust w tej sukni wyglądał jakby mi wisiał do pasa, suknia zaczęła mi się zsuwać z figury, za szeroka w talii - jak to możliwe wysłałam wszystkie wymiary, a ta suknia żadnych wymiarów nie trzyma. Do tego za mało rozszerzona spódnica na dole - co tu się dziwić jak pod wierzchnią warstwą tkaniny prawie nic nie było. Z sukni, która miała emanować kobiecością i elegancją pozostała tania tandeta. Zadzwoniłam z rozpaczą do mamy, aby jej powiedzieć, że nie wiem co robić, bo w tej sukni, którą dostałam, to ja do ślubu nie pójdę, bo mi będzie wstyd przed wszystkimi. Mama zaczęła mnie uspakajać przez telefon i kazała mi z suknią przyjechać do siebie, to coś wymyślimy.
Gdy przyjechałam do mamy do domu była już tam sąsiadka, która zajmuje się w wolnych chwilach krawiectwem. Zaczęła suknię oglądać. Pokazałyśmy jej jeszcze zdjęcie sukni oryginalnej, aby wiedziała jak być powinno. Oglądała i oceniała. Powiedziała, że halki może wszyć, gorset może trochę poprawić, ale takiego efektu jak w oryginale, to nie gwarantuje, bo to bardzo specjalistyczna konstrukcja utrzymuje cały gorset.
Byłam jeszcze na dwóch konsultacjach u różnych krawcowych, one mówiły, że są w stanie poprawić. Jedna z nich nawet zapewniała, że będzie identycznie, ale jak spojrzałam na suknie, które wisiały na wieszakach w jej pracowni, to dla mnie wyglądały one tak samo źle, jak suknia, którą mi przysłano.
Czułam się bezradnie. Mama wpadła na pomysł, że może pójdziemy do salonu, w którym już prawie zamówiłyśmy suknię te 2 miesiące temu. Ale ja byłam przeciwna, bo po pierwsze głupio tam iść, co powiedzieć na to, że miało się przyjść za 2-3 dni, a przychodzi się po 2 miesiącach. Po drugie pewnie jest za późno, bo panie w salonie mówiły, czas realizacji zamówienia sukni zagranicznej wynosi 4-5 miesięcy. I kolejna rzecz - finanse - oryginał był drogi, to co dostałam z Chin tańsze, ale jak teraz dodamy, to co już wydałyśmy na tę nieszczęsną suknię plus zakup oryginału to już w ogóle wyjdzie kosmos cenowy. Bo przecież ta fabryka z Chin to grosza mi nie odda, pomimo tego, że dostałam od nich coś, co do założenia się zupełnie nie nadaje. Wszystkie te moje argumenty powiedziałam mamie, ona tylko na mnie spojrzała jakoś dziwnie i kazała się ubierać, bo będziemy wychodzić z domu. W samochodzie powiedziała, że rozmawiała z babcią i babcia kazała kupić tę suknię, w której wnuczka będzie wyglądała i czuła się jak królowa, zatem fundusze są. Po wejściu do salonu zobaczyłyśmy panią, która zajmowała się mną te 2 miesiące temu. Moja mama podeszła do niej i zaczęła tłumaczyć dlaczego jesteśmy dopiero teraz. Mówiła, że miała poważny wypadek samochodowy, dużo czasu spędziła w szpitalu, a ja się nią bardzo opiekowałam i nie mogłyśmy przyjść wcześniej, ale bardzo na sukni nam zależy, zatem ona błaga panią, aby można było tę suknię zamówić.
Rany... ale moja mama przekonywująco kłamała. Z jednej strony było mi głupio, że musi tak dla mnie oszukiwać, ale z drugiej strony czułam wzbierającą radość. Pani w salonie, gdy podałyśmy termin ślubu, widać było, że trochę się zaniepokoiła, bo rzeczywiście pozostały tylko niecałe 3 miesiące i zaczęła tłumaczyć, że jeśli sukni nie ma na magazynie, to cały cykl produkcyjny w firmie jest długi i nie ma szansy na to, aby suknia była na czas. Nogi się pode mną ugięły... tylko nie to, ja w tym badziewiu, które mam w domu do ślubu nie pójdę - pomyślałam. Pani w salonie zrobiła nam kawę i poprosiła, abyśmy poczekały spokojnie, bo ona w sprawie naszej sukni musi wykonać kilka telefonów. Jak tu spokojnie czekać? Minęło może 15 minut - choć mi wydawało się to być wiecznością - pani do nas wróciła i powiedziała, że jeśli dziś złożymy zamówienie, to suknia będzie. Myślałam, że z radości popłaczę się na miejscu. Zamówiłyśmy tę moją wymarzoną suknię, wyściskałam moją kochaną mamę, potem babcię i czekałam na moją suknię. Na 2 tygodnie przed ślubem zadzwoniła pani z salonu, że suknia jest, zaprasza mnie na przymiarki. Poszłam do salonu założyłam suknię - i to było to - moje marzenie. Potem małe dopasowanie sukni do mojej sylwetki i już. Ślub był piękny, suknią wszyscy się zachwycali, było tak jak sobie wymarzyłam.
Po ślubie......

Podobał ci się artykuł zostaw komentarz

 

Partnerzy

Artykuły podobne

dla panny młodej
Script logo